Translate
środa, grudnia 29, 2010
Poświątecznie
Święta szybciutko biegną. Wigilia u Teściowej, a u moich rodziców trochę dłużej. Co u nas? Mąż z nart wrócił tydzień przed Świętami - stwierdził, że tak kiepskiego urlopu to jeszcze nie miał. Rozżalony był, że nie chciałam z nim rozmawiać przez telefon - nie wiem, co w tym dziwnego. Spięłam się na niego równo i wydaje mi się, że teraz - jako taki konsensus osiągneliśmy. Byle tak dalej. A ja znowu na urlopie. Mam 14 dni zaległego urlopu. Właśnie wzięłam 3 dni. Szefowie średnio zadowoleni z tego powodu - jak ja jestem to się kręci, jak mnie nie ma - to atmosfera w pracy napięta. A ja im tłumaczę - ja zwykły szeregowy pracownik jestem, prawo do urlopu też mam. Także bąblujemy z Młodym w domu - jemu też zrobiłam ferie od przedszkola. No dobrze uciekam, Młody walczy o laptopa. Twierdzi, że to, co ja robię - jest nudne. Ja mam inne zdanie. Za tymi chłopami nie nadążysz.
piątek, grudnia 24, 2010
Wesołych Świąt
Kochani rodzinnych, spokojnych i radosnych dni w ten szczególny czas. Wszystkiego dobrego dla Was i najbliższych. Będę o Was ciepło myśleć przy Wigilijnym stole.
Dziękuję za życzenia.
poniedziałek, grudnia 06, 2010
Och jak dobrze mi...
Informuję, że brak kontaktu z pracą dobrze mi robi. Naprawdę. Zaczynam żyć. Już prawie pełna zdrowotność wraca, choć trza popracować nad własną formę. Kiedyś byłam sportowa dziewczyna, teraz flak.
Tylko do Bovary muszę skrobnąć, bo coś z ogarnięciem bloga w kwestii technicznej nie mogę sobie poradzić.
ZIMOWE POZDROWIENIA.
Tylko do Bovary muszę skrobnąć, bo coś z ogarnięciem bloga w kwestii technicznej nie mogę sobie poradzić.
ZIMOWE POZDROWIENIA.
niedziela, grudnia 05, 2010
Zimowe przemyślenia
Pięknie nas zasypało. Pięknie zza okna, gorzej jak gdzieś trzeba ruszyć w plener. Tak sobie dziś siedzę i myślę, że ten świat blogowy otworzył mi oczy na świat inny - wirtualny. Nie wiedziałam, że tutaj istnieją takie prawdziwe przyjaźnie (wielki przykład Polly Mleczkowa - chylę czoło). Gdy komuś jest źle może liczyć na dobre słowo, gdy sobie z czymś nie radzi może liczyć na pomoc drugiej osoby. A dołączyłam do do blogowego towarzystwa za sprawą Bovary, do której kiedyś przypadkowo trafiłam na bloga. Gdy w listopadzie tamtego roku wkroczyłam do świata blogowego jako obserwator, przygrzebałam się przez Wasze blogi (przepraszam, że czasami po sobie nie zostawiłam świadectwa) to mocno byłam zszokowana, jak głębokie są to przjaźnie. Długo się wahałam i zastanawiałam, czy dołączyć do grona blogowiczów. Obawiałam się, ze moja prywatność będzie naruszona, że ktoś znajomy tu dotrze i odkryje moje sekreciki. Wstępnie planowałam, by blog był dostępny tylko dla wybranych, jednak zrezygnowałam. I jestem tu od dobrych kilku miesięcy i dobrze mi z tym. Fajnie, że jesteście tutaj i ja jestem z Wami.
A co u mnie? Nie pisałam z tego powodu, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Młyn u mnie maksymalny. Zawodowo - jazdy w pracy na linii Szefostwo, które wkręca mnie we wszystko co można (i tu po ostrym sprzeciwie mojej osoby kierownictwo zrozumiało, że ja nie dam rady wszystkiego zrobić - oj długa i barwna historia na ten temat). Prywatnie - w chorobie od czwartku w pracy, w piątek zamknęłam drzwi ostatnia o 19.40. Od jutra na zwolnieniu do środy najbliższej włącznie. Grypicho ścięło moje gardło, moje kosteczki, moją głowę i to, co kobietom tylko przynależy. Teraz o niebo lepiej, choć słabizna ze mnie (tu zmęczenie i moja porażająca waga mają znaczenie). Ale do środy włącznie wygrzewam się. Młody dzielnie śmigał do przedszkola do środy - glut mega i złe samopoczucie zatrzymały go w domu na resztę tygodnia. Dzięki Bogu, że moja mama na kilka dni nas odwiedziała. Teraz Młody ma mega zielonego gluta (ach te barwy tęczy). W przedszkolu mieliśmy wspólne malowanie pierników i była okazja do porozmawiania z rodzicami. Okazało się, że wszystkie pierwszoroczniaki mega kaszlą, gluty do pasa itd. Nie tylko ja zmierzam się z tym tematem i to jest norma. Z mężem średnio (bawiąc się w zimno-gorąco), to zimno-ciepło. Jakoś wkruw mnie łapie. Na dodatek w piątek (o czym jeszcze mnie nie poinformował osobiście, dowiedziałam się od mojej mamy), jedzie na narty do Włoch na tydzień. Chciałabym w tym momencie zakląć i dokonać ustaleń z prawnikiem. Wolny weekend listopadowy z nami nie spędził - my u moich rodziców, a on tu i doprosił sobie na jeden wieczór kolegów - bo do nas mu nie chciało się jechać, bo był zmęczony. Stosunki mąż-żona wypaliły się doszczętnie. Nie chce mi się z nim rozmawiać, chce być miły na siłę. Mam dość. Jest Młody - to wiem bezprzecznie. I dzięki niemu to się jeszcze tli.
A co u mnie? Nie pisałam z tego powodu, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Młyn u mnie maksymalny. Zawodowo - jazdy w pracy na linii Szefostwo, które wkręca mnie we wszystko co można (i tu po ostrym sprzeciwie mojej osoby kierownictwo zrozumiało, że ja nie dam rady wszystkiego zrobić - oj długa i barwna historia na ten temat). Prywatnie - w chorobie od czwartku w pracy, w piątek zamknęłam drzwi ostatnia o 19.40. Od jutra na zwolnieniu do środy najbliższej włącznie. Grypicho ścięło moje gardło, moje kosteczki, moją głowę i to, co kobietom tylko przynależy. Teraz o niebo lepiej, choć słabizna ze mnie (tu zmęczenie i moja porażająca waga mają znaczenie). Ale do środy włącznie wygrzewam się. Młody dzielnie śmigał do przedszkola do środy - glut mega i złe samopoczucie zatrzymały go w domu na resztę tygodnia. Dzięki Bogu, że moja mama na kilka dni nas odwiedziała. Teraz Młody ma mega zielonego gluta (ach te barwy tęczy). W przedszkolu mieliśmy wspólne malowanie pierników i była okazja do porozmawiania z rodzicami. Okazało się, że wszystkie pierwszoroczniaki mega kaszlą, gluty do pasa itd. Nie tylko ja zmierzam się z tym tematem i to jest norma. Z mężem średnio (bawiąc się w zimno-gorąco), to zimno-ciepło. Jakoś wkruw mnie łapie. Na dodatek w piątek (o czym jeszcze mnie nie poinformował osobiście, dowiedziałam się od mojej mamy), jedzie na narty do Włoch na tydzień. Chciałabym w tym momencie zakląć i dokonać ustaleń z prawnikiem. Wolny weekend listopadowy z nami nie spędził - my u moich rodziców, a on tu i doprosił sobie na jeden wieczór kolegów - bo do nas mu nie chciało się jechać, bo był zmęczony. Stosunki mąż-żona wypaliły się doszczętnie. Nie chce mi się z nim rozmawiać, chce być miły na siłę. Mam dość. Jest Młody - to wiem bezprzecznie. I dzięki niemu to się jeszcze tli.
sobota, listopada 20, 2010
Zakupy
A więc. Młody dzielnie wszyskich prosił, by wrzucili grosz do jego skarbonki. No i nazbierał w końcu... Wczoraj odbyło się komisyjne liczenie - ponad 60 zeta. Ten pieniądz zdobyczny miał być przeznaczony na składaka (to samochód do składania). A więc dziś ogarnęliśmy nasze M (ja i Młody), ruszyliśmy z pomocą środków lokomocji do marketu, który sprzedażą zabawek też się para. Kupiliśmy to i owo i na koniec ruszyliśmy w krainę zabawek. A było co oglądać - w końcu święta idą. Znaleźliśmy składaka. Mama musiała dorzuć Młodemu trochę grosza, no ale niech tam. No i stoimy w kolejce do kasy. Młody trzyma składaka. Pani z kasy się pyta, co on tak ściska. Młody jak zwykle w takich sytuacjach bąknął - składaka. Ciekawe, czy Pani wogóle wie, co to jest? Ja, gdyby nie Młody też bym nie wiedziała. Za nami stoi sobie starsza zakonnica. Pełen przekrój społeczeństwa mamy. No i Pani naliczyła wszystko, ja wtajemniczam ją w sprawę skarbonki. Wyciągam woreczek z mojej torby z monetami Młodego. Pani z kasy chętnie liczy i Młodego chwali, że był taki dzielny. A zakonnica za nami sapie na głos i mówi, że mogła iść do innej kasy. Genralnie słychać niezadowolenie. Na to Pani z kasy - wydawało by się, że siostra powinna dawać nam przykład, jak wychowywać dzieci, a jest zupełnie inaczej. Siostra nic. Ja się odwróciłam i dodałam - siostro nie dziwię się, że społeczeństwo ma taki stosunek do kościoła, ja do dziś miałam inny. I tyle. No zagotowałam się w środku, jak nic.
poniedziałek, listopada 08, 2010
Jesień puka...
W sercu, w głowie jesiennie. Młody odpukać na razie zdrowy (poza pawiami we Wszystkich Świętych) to na razie ok, generalnie. Byłam z Młodym u larygologa (wizyta 90 zeta trwająca 5 minut, 10 z wypełniem papierów), który stwierdził, że Młody ma trzeci migdał i trzeba go wyciąć. Tego się nie spodziewałam (myślałam, że jakieś zatoki boczne), a tu masz migdał. Zbił mnie z tropu lekarz. Każdy dzień niesie coś nowego. Także Młody został wpisany w kolejkę na zabieg - czas oczekiwania ok. roku. Może i dobrze, bo ja jestem pełna pytań i wątpliwości. Trzeba oglądać tego migdała, czy rośnie, czy nie. W wieku ok. 5-6 lat powinien zanikać. Poczytałam trochę w necie artykułów migdałowych i wniosek jeden - różne opinie nt. zabiegu usuwania migadała. Także wyciągnę od pediatry jeszcze skierowanie do laryngologa, by iść na wizytę, którą sfinansuje NFZ.
Co poza tym? Firma chłopa przyprawia mnie o bóle brzucha. Raz pod górę, innym razem z górki. Stresu co nie miara. Dzięki Bogu, że pracuje, bo mamy z czego żyć. I kręci się jakoś. No i trochę anegdot przedszkolnych na koniec. Młody mój chodzi do przedszkola, jak wiecie. Odbieram go ok. 16.40 - zwykle są grupy łączone. Ostatnio jak go odbierałam to Pani do mnie z obcej grupy, w której Młody rezydował, powiedziała, ze myślała, że to dziewczyna, gdyż... Zagadnęła dwójkę dzieci, które stały do niej tyłem. A Wy dziewczynki jak macie na imię? Na to mój Młody się odwraca i mówi - to jest Julka, a ja mam na imię M ....
No i tak naprawdę na zakończenie. Dziś w szatni Julka wyznała miłość mojemu Młodemu. Dacie wiarę?????
Co poza tym? Firma chłopa przyprawia mnie o bóle brzucha. Raz pod górę, innym razem z górki. Stresu co nie miara. Dzięki Bogu, że pracuje, bo mamy z czego żyć. I kręci się jakoś. No i trochę anegdot przedszkolnych na koniec. Młody mój chodzi do przedszkola, jak wiecie. Odbieram go ok. 16.40 - zwykle są grupy łączone. Ostatnio jak go odbierałam to Pani do mnie z obcej grupy, w której Młody rezydował, powiedziała, ze myślała, że to dziewczyna, gdyż... Zagadnęła dwójkę dzieci, które stały do niej tyłem. A Wy dziewczynki jak macie na imię? Na to mój Młody się odwraca i mówi - to jest Julka, a ja mam na imię M ....
No i tak naprawdę na zakończenie. Dziś w szatni Julka wyznała miłość mojemu Młodemu. Dacie wiarę?????
poniedziałek, listopada 01, 2010
Praca a satysfakcja
Wczoraj z Młodym bawię się i toczę rozmowy w trakcie. No i doszliśmy do kwestii komputerów. Młody jest fanem komputera - lubi grać na komputrze w Toma i Jerrego (Jerry je serki). Oczywiście mama ogranicza granie, bo w przeciwnym razie cały dzień Młody spędziłby przy kompie. Przechodząc do sedna, Młody mnie pyta - mama, a co ty robisz w pracy? Ja na to - robię różne rzeczy na komputerze. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że moja praca jest miałka, bez większej wartości. Robię coś na komputerze - jestem takim trybikiem w tej całej machinie firmy. Trybik zawiedzie, to wymienią go na inny (nie tak dosłownie, bo to nie korporacja). Praca daje mi radość, satysfakcję nie. A to dwie różne wartości. I tak myślę sobie - czas szukać czegoś dla siebie, czegoś nowego, co będzie takim moim światem. Mhmm. Nie jest to łatwe, przyznacie. Jestem świadoma też tego, że ja pracy potrzebuje jak powietrza. Primo - praca jest środkiem do życia, do spełnienia tych małych i większych prawatnych marzeń. Secundo - tak się w tej pracy zatracam, że nie mam czasu pomyśleć o sobie, czego ja tak naprawdę pragnę, co chciałabym robić. Teraz chyba dobrze, z perpektywy czasu będzie gorzej. Będę zgorzkniałym urzędasem.
A u nas? Młody zaziębiony był długo, ja trochę w pracy, trochę w domu. A dzisiaj rano rotawirus go ustrzelił (wydaje się, że wersja light, ale zawsze). Grasuje taki w naszym mieście. Także na groby nie ruszamy. Siedzimy w domku. A jutro zobaczymy??? Praca i przedszkole? A może dom i dom.
A u nas? Młody zaziębiony był długo, ja trochę w pracy, trochę w domu. A dzisiaj rano rotawirus go ustrzelił (wydaje się, że wersja light, ale zawsze). Grasuje taki w naszym mieście. Także na groby nie ruszamy. Siedzimy w domku. A jutro zobaczymy??? Praca i przedszkole? A może dom i dom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)