Gotuję się w środku ze stresu. Mojej mamie wpadł kleszcz do oka. Uwierzycie??? Do oka. W sadzie. Myślała, że to ziemia lub kawałek suchego liścia . Oko ją bolało, więc w 4. dobie poszła na dyżur do szpitala. No i okazało się, że to kleszcz. Znieczulili oko dwukrotnie i jej tam gmerali. Dostała zastrzyk (nie wiem, chyba na odkleszczowe zapalenie opon mózgowych) - chyba, antybiotyk do oka i krople. W związku z tym, że mama miała kiedyś operację na oczy, dziś przyjeżdża do kliniki okulistycznej, do której kiedyś przyjeżdźała na wizyty kontrolne. Wczoraj z tego wszytkiego poczytałam o berolizie. Dwie osoby z mojego grona boreliozę mają po ugryzieniu kleszcza. Oby było dobrze.
A co z domowych wieści? Jestem na zwolnieniu od wczoraj do czwartku na Młodego - brzydko kaszle, bardzo gęsta wydzielina. A w pracy - w ostatni czwartek myślałam, że mnie rozniesie w środku. W poniedziałek (do środy włącznie) nie było mojej koleżanki -sekretarki - nie wiem, czy pamiętacie, że pisałam, że pierwszego dnia września br. u nas było wszystko pozamykane, bo koleżanka miała początek roku (córka 11 lat). Tym razem jej córka była chora - ja to rozumiem i nie miałam żadnego halo. W czwartek jednak koleżanka wraca do pracy z obciętymi włosami, frenczem na paznkociach plus jakieś kwiaty. Ku...a mać - pomyślałam sobie tak wygląda opiekować się chorym dzieckiem! A teraz ciąg dalszy - w poniedziałek zadzwoniłam do pracy i mówię, że dziś mnie nie będzie, bo Młody brzydko kaszle. Na to mój szef, że tejże koleżanki też nie ma (może będzie później), przysłała mu smsa i pyta się mnie, czy ja też smsa dostałam. Ja na to, że żadnego smsa nie dostałam. Po 10 ww. koleżanka dzwoni do mnie na komórkę i mówi ze zbolałym głosem, czy dużo pracy jest w pracy? (pomyślałam sobie - nie nic nie trzeba robić, szczególnie w tak obleganym sekretariacie). Ja na to, że mnie w pracy nie ma. Na to ona - aha no to cześć. Dziś do pracy zadzwoniłam, do szefa z info, że Młody ma siedzieć w domu do czwartku włącznie. Szef do mnie - szkoda. No ale koleżanka przyjechała na ketonalu, ale jest - dodał. Spytałam się o szefową, czy u niej wszystko ok i prosiłam, by szef ją pozdrowił. Szef na to, a koleżankę z sekretariatu też mam pozdrowić??? Ja na to - jak chcesz (jestem z szefem na ty). Pomyślałam sobie - ja chora z zatokami zawalonymi, ledwo mówiąca przychodzę, bo jest spotkanie dużego gremium ludzi z zewnątrz (podczas tego gremium mam swoje prezentacje, przygotowywuję logistycznie dodatkowo). A sekretariat niech robi sobie co chce.
Translate
wtorek, września 28, 2010
niedziela, września 19, 2010
W skrócie
A więc. W poniedziałek chyba, kirtolę się z Młodym w jego łóżku - już na spanie - i chyba Młody przydzwonił nogą w parapet i powiedział - KULWA (Mnie na głowie włosy dęba stanęły). Więc zadałam Młodemu pytanie, gdzie to usłyszał. A on na to - tata tak powiedział. Ja na to do mojego męża - zapraszamy tatę do pokoju do Młodego. Mąż przyszedł, powiedział, że może mu się wypsnęło, choć stawia raczej na nie. Mąż wyszedł z pokoju. Młody się przewala na łóżku z prawa do lewego i nie chce spać. I za chwilę mówi: kulwa zapraszamy tatę do pokoju. Jednym słowem przedszkolak pełną gębą.
Jeśli chodzi o przedszkolaka - to znowu glut, tylko teraz taki zielonkawy. A do przedszkola jutro musi iść. Mama musi iść do pracy. Tata to oczywiste. I bądź tu matką pracującą.
Jeśli chodzi o przedszkolaka - to znowu glut, tylko teraz taki zielonkawy. A do przedszkola jutro musi iść. Mama musi iść do pracy. Tata to oczywiste. I bądź tu matką pracującą.
piątek, września 10, 2010
Flesh
Dziś zdecydowałam z Młodym zostać w domu. Jest piątek. Więc formlanie Młody powienien podreptać do przedszkola, a jego mama zaszyć się w biurze, w swoich papierzyskach. O tacie Młodego nie wspominając. On pracuje nonstop kolor. A tu niespodzianka. Mama z Młodym pozostała w domku. Młody od środy zmaga się z katarem - takim żółtym glutem. Tak to jest efekt wizyt w przedszkolu. Mimo gluta Młody je pokochał. Wstaje rano, je śniadanie, mije zęby i maszeruje do przedszkola. Wespół z mamą, która zahacza o przedszkole, podążając do swojej pracy. A więc wracając do gluta i przedszkola - dziś mamy labę. Mama zadzwoni do Szefowej i powie, że chce jeden dzień opieki na Młodego (pozostanie jej jeszcze jeden), Młody nigdzie nie będzie dzwonił. No może do przedszkola, żeby obiadku dla niego nie szykowali, ale to już bez przesady. Więc cały dzień mamy do przeorganizowania.
W pracy sprawy powyjaśniane z koleżanką. Sprawa finansowa się stabilizuje. Przedszkole cieszy wszystkich w rodzinie. Młody został ochrczony na zucha - za integrację przedszkolną. Także ewaluujemy w kierunku naszej, małej stabilizacji.
W pracy sprawy powyjaśniane z koleżanką. Sprawa finansowa się stabilizuje. Przedszkole cieszy wszystkich w rodzinie. Młody został ochrczony na zucha - za integrację przedszkolną. Także ewaluujemy w kierunku naszej, małej stabilizacji.
czwartek, września 02, 2010
Z ostatniej chwili
Ten deszcz to też chyba zagościł w naszym życiu codziennym. Chłop pracuje, tylko kasy nie widać. A w portfelu widać dno ... Mam nadzieję, że ten kryzys przejściowy jest.
Słów kilka o przedszkolaku i o tych, którzy z przedszkolakiem żyją na co dzień
A więc na początek Młody. Już nie mógł się doczekać, kiedy pójdzie do nowego przedszkola. I chyba wiem, dlaczego. Przede wszystkim klubik, do którego chodził od czerwca, to taka troszkę przechowalnia. Tam się bawił i bawił. Przez okres wakacyjny zajęć nie było, tylko praktycznie dzieciaczki się tam bawiły. I jak tam wchodziłam – to Pani przy biureczku (nigdy z dziećmi na dywanie), a dzieci na dywanie bawią się. No i jedzenie? Młody zaczął w końcu tam jeść, ale z jedzeniem skromnie. Śniadanko dawałam, a na obiad albo zupa albo drugie danie. To trochę nie tak – bo jak czegoś nie lubił np. zupy to po prostu był głodny.
Tak więc Młody jest w nowym przedszkolu. Chętnie został, dał mamie buziala i tyle go widzieli. Ale odbieram go wcześniej, bo o 12.30 – i tak do końca tygodnia. Od przyszłego tygodnia ruszamy pełną parą, czyli mama do pracy, Młody do przedszkola. Tata też do pracy, oczywiście.
Pogoda u nas marna – wczoraj cały dzień lało, dziś zimno i właśnie padało (tak było o 12). Ale po deszczu zawsze przychodzi słońce. Żyję tą optymistyczną sentencją.
A w pracy byłam wczoraj i dziś także. Sekretariat na głucho zamknięty, dziś także do 10.30.
Koleżanka miała jakieś ważne sprawy do załatwienia. I tu powstrzymuję od komentarza, bo po co. Choć swędzi mnie język (…).
Tak więc Młody jest w nowym przedszkolu. Chętnie został, dał mamie buziala i tyle go widzieli. Ale odbieram go wcześniej, bo o 12.30 – i tak do końca tygodnia. Od przyszłego tygodnia ruszamy pełną parą, czyli mama do pracy, Młody do przedszkola. Tata też do pracy, oczywiście.
Pogoda u nas marna – wczoraj cały dzień lało, dziś zimno i właśnie padało (tak było o 12). Ale po deszczu zawsze przychodzi słońce. Żyję tą optymistyczną sentencją.
A w pracy byłam wczoraj i dziś także. Sekretariat na głucho zamknięty, dziś także do 10.30.
Koleżanka miała jakieś ważne sprawy do załatwienia. I tu powstrzymuję od komentarza, bo po co. Choć swędzi mnie język (…).
wtorek, sierpnia 31, 2010
Wkurw zawodowy
Ja to chyba jestem za bardzo odpowiedzialna w pracy. Zaplanowałam sobie urlop, chyba pół roku temu - 5 dni, ze względu na pójście Młodego do przedszkola. Oczywiście takie wypadki jak babci noga w gipsie i klubik Młodego nie były w planach. Więc jutro 1 września, od jutra mnie nie ma. Jednak koleżanka z sekretariatu, którą podczas jej nioebecności zastępuję, doszła do wniosku, że na jutro weźmie urlop, bo idzie na rozpoczęcie roku z 13 latką. Mnie wkurw złapał - w firmie zatrudniającej 500 osób, która żyje z Klientów, sekretariat jednego z często odwiedzanych departamentów będzie zamknięty. Kliencie pocałuj się w nos - jest początek roku szkolnego!!! Na uwagi koleżanki z sekretariatu, że jutro nikogo nie było odpowiedziałam - sekretariat powinien być otwarty, ktoś powinien tu być. Telefony będą dzwoniły w kosmos. Na drzwiach od sekretariatu zawisła dzisiaj po południu kartka - w dniu 01.09.2010 r. sekretariat będzie nieczynny, wnioski proszę kierować tu i tu. Za utrudnienia przepraszamy. Jak na kolei. Tylko jest jeden myk - ja jutro idę tam na kilka godzin - popracować - tzn. robić swoje. JBo do 16 września cieżko będzie.
Reasumując jak będzie tak jak na kolei to my długo nie pociągniemy.
Reasumując jak będzie tak jak na kolei to my długo nie pociągniemy.
czwartek, sierpnia 26, 2010
Koniki
Jak szaleć to szaleć. W ostanią niedzielę (nota bene nie miałam czasu napisać na ten temat) znajomi zaproponowali nam wypad na wyścigi konne. Dodam, że dźokejką nie jestem, nie wiem, jak bym się wdrapała na to zwierzę. Dobrze, dobrze, bez żartów. Pogoda piękna, więc z Młodym jeszcze wózkowym ruszyliśmy piechotą na wyścigi. Podobno te wyścigi to nie lada gratka - szejk fundował nagrody. Jednak by nie było tak kolorowo - jedne z najniższych. Więc kupiliśmy bileciki - dla Młodego żadnej zniżki. Pogoda piękna, więc ludzie podeszli do sprawy piknikowo. Z dzieciaczkami siedzą na kocykach, przewalają się na kocykach. Leniwie, bardzo leniwie. Choć grupa zapalonych staruszków stała przy bramkach i obserwowała zawody. W związku z tym, że byliśmy ze znajomymi, którzy byli na wyścigach po raz wtóry, wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Przede wszystkim w stawianiu na konika, czytaj hazard. W pierwszej gonitwie każdy z nas wytypował konia, na którego wydał 3 zł. Było nas cztery osoby, Młody nie liczy się. Nie wciągamy go jeszcze do tego nałogu. Żaden z koni nie wygrał. Więc przed kolejną gonitwą wpadliśmy na chytry plan - postawiliśmy na wszystki konie, czy na 12. Ja postawiłam na konie od 1 do 6, a moja koleżanka 7-12. Wyszło 18 zł. I wiecie co? Wygrałam - 27.50. Na czysto jakieś 9,50. Sukces uczciliśmy pizzą za 28 zł - oczywiście ja stawiałam. Spytacie, jak smakuje sukces? Pizza była pyszna. A na deser Młody narobił w gacie. I tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)