Z ogromną przyjemnością informuję, że prasowanie zostało ujarzmione. A jakże. Z newsów to do końca tygodnia jestem w domu. Młodego ucho pobolewało. Lekarz zajrzała wczoraj do uszka- diagnoza - jest ok - ale chłop ma w domu posiedzieć. No więc siedzimy. Ja dużą część dnia stałam przy desce, oczywiście. A wczoraj w pracy byłam. I kubeł zimnej wody wylano mi na głowę. Usłyszałam, że mimo, że jestem super pracownikiem, to pensje będą mi obcinać, tzn. premie za opiekę nad Młodocianym. Dodano, że gdyby miano trzech takich pracowników jak ja to taki wariant nie byłby rozpatrywany. Coś z tego rozumiecie??? No więc ja od jutra na opiece nad Młodym (niespecjalnie). Takie ruchy dają do myślenia.
Translate
wtorek, listopada 01, 2011
sobota, października 29, 2011
Prasowanie czeka mnie od dwóch tygodni, a mnie się nie chce. Obiecałam sobie, że jutro od rana prasuję do upadłego. No i chyba padnę przy desce. Jak nic. Chłopaki będą mnie ratować, bo w prasowaniu rąk pomocnych- chętnych brak. Wszyscy mają coś... Młody może wkroczy do pomocy ze swoim żelazkiem, jednak o pomocy dużego chłopka mogę zapomnieć. Remont u nas nie może się skończyć, tzn. szafa i szafka tv gotowe - prawie, to jeszcze jakieś kolumny trzeba powiesić, kable pochować. Jeszcze karnisz i zasłonka, może jakieś ramki ze zdjęciami. Trzeba koncepcyjnie pomyśleć.
W poniedziałek idę do pracy. Młody zostaje z tatą w domu. Przeziębiony i kaszle, jak cała jego grupa przedszkolna. W czwartek byłam na kiermaszu przetworów. Też zaniosłam swój przetwór, a raczej koleżanki z pracy. Przecież musimy mieć jaki wkład. Kiermasz ma na celu zebranie datków na przedszkole. Tym razem chodzi o zakup ksero.No więc ja przetwór zaniosłam i zakupiłam inny przetwór - ogóreczki kiszone - pychota.
Trzymajcie kciuki za prasowanko. Aaa - w następnym poście muszę Wam napisać, jak to pralka nam się zapchała... Działo się, jak zwykle.
piątek, października 21, 2011
Historia chorobowa Młodego i jego mamy
Swego czasu obiecałam napisać więcej nt. choroby Młodego i zdarzeń temu towarzyszących. A więc, 5 września br. , na początek naszego remontu, łyknął wirusa. Wysoka gorączka najpierw. Więc Młodego mama jeszcze w poniedziałek pobiegła do pracy - przygotowała wszystko na spotkanie, które miała koordynować za ok. 1 tydzień w pracy. No i do lekarza z Młodocianym. Pani Doktor Młodego osłuchała i stwierdziła, że jest ok, ale kazała siedzieć w domku. No więc mama została w remontowanym, okurzonym mieszkaniu z Młodym. Wydawało się, że Młody już jest na dobrej drodze do wyzdrowienia, a we wtorek nastąpił przełom. Młody gorączkował, ledwo dychał, nie mógł odkaszlnąć - mama Młodego czekała na początek dnia. No więc w środę z powrotem do lekarza - osłuchowo ok, lekarz kazała mało mówić - zapalenie krtani. W porozumieniu z lekarzem mama wyjechała z Młodym z zakurzonego mieszkania, do swoich rodziców. No więc, Młody gorączkował trochę, słaby, leżał. W nocy gorączkował tak, że Młody zażywał kąpieli - protestując oczywiście. Ibufen nie działał. Rano gorączka spadła - to był czwartek. W nocy znowu gorączka, której mama Młodego nie mogła zbić znowu. Z babcią mamy, mama i Młody trafili na pogotowie - okazało się obustronne zapalenie oskrzeli. Augmentin. Podobno Młody wraz z mamą trafił do dobrego lekarza. Mieliście szczęście - tak powiedziała Pani Aptekarka. Ale zwolnionko mamie Młodego się kończyło, więc poszła do przychodni dziecięcej w mieście jej rodziców. No i tu przeżyła szok. Po pierwsze, mimo, że to ta sama kasa chorych, to niekoniecznie chcieli Młodego przyjąć, a o zwolnieniu to można zapomnieć. Więc wkurw mamę wziął. Powiedziała, co o tym sądzi . Więc przyjąć już Młodego i mamę chcieli przyjąć, ale o zwolnieniu mogła zapomnieć. No więc mama ruszyła głową i zadzwoniła do swojego lekarza i wszystko załatwiła. Jednak niesmak do państwowej przychodni został. Rodzice mamy Młodego wpadli na pomysł, by udać się do prywatnej przychodni która ma umowę z ZUS - zapisać Młodego na kontrolę. No i to był strzał w dziesiątkę... Tam super obsługa - niech Pani przyjdzie wcześniej, byśmy książeczkę skopiowali itd. Mama Młodego była pod wrażeniem... I tak sobie mama Młodego myśli - niektóre przychodnie to strata pieniędzy - mama Młodego myśli o tej państwowej - lekarze siedzą samotnie, dzieci brak. Ech ten system...
niedziela, października 02, 2011
Przedszkole
Pewno mamy przedszkolne i oczywiście tatusiowe wiedzą, że od września są inne zasady opłaty za przedszkole. Przede wszystkim odczujemy to na własnej kieszeni. Nie byłabym przeciwna, gdyby te pieniążki szły stricte na przedszkole. Wędrują one jednak do publicznej kasy gminy, a ona przekazuje je na inwestycje – z pewnością nie przedszkolne. Tak więc do zeszłego roku płaciłam za przedszkole 350 zł, w porywach do 400 zł (w tym komitet, składka na codzienne akcesoria do przedszkola – np. jajka, czy jabłka). Oprócz tego wyprawka do przedszkola –m.in. bloki, kleje, farby, kredki, pędzle, papier kolorowy- zwane przyborami szkolnymi, pasta do zębów, szczoteczka, ręcznik. A w tym roku – prawie 600 zł plus komitet, składka na codzienne akcesoria do przedszkola, wycieczki, podręczniki. Nie miałabym uwag, gdyby te pieniążki szły do kasy przedszkola. Wtedy niepotrzebne byłyby akcje jak Dzień czystości, bo brakuje środków czystości, wszelakiego rodzaju pikniki z licytacjami. Cel podstawowy – brak pieniążków w przedszkolu. W zeszłym roku, gdy odbierałam Młodego ok. 17.00 to w przedszkolu było gwarno. A teraz – ostatnio na całe przedszkole była tylko 3 dzieciaczków (a przedszkole liczy sobie ok. 100 dzieci!). Powodem jest fakt, że godziny między 8-13 są darmowe, a za pozostałe płacimy (początkowo była ta stawka 3,60 za godzinę, teraz 2,60). Także rodzice zaprzęgli dziadków, ciotki itd., by ograniczyć wydatki. Ja nie mam takiej komfortowej sytuacji. Jeszcze na początku września funkcjonowały tzw. deklaracje pobytu dziecka, tzn. rodzic musi zadeklarować, w jakich godzinach dziecko będzie w przedszkolu. Deklaracją deklaracją. Panie przedszkolanki mają zeszyt obecności i dodatkowo odnotowują, o której dziecko wychodzi z przedszkola każdego dnia. Następnie te godziny są zliczane – robią to panie przedszkolanki, by wyliczyć płatność. W związku z powyższym dotarły do mnie takie wieści, że jeszcze rok temu w moim mieście nie było miejsc w przedszkolach, a teraz są…
ps. remont na ukończeniu, tzn. czekamy na stolarza z szafą i stół z krzesłami. Także wszystko zmierza ku końcowi...
niedziela, września 18, 2011
PRZEPRASZAM - TRWA REMONT
Witajcie,
nie odzywam się tak długo, bo mamy remont - nie w sercach, ale w naszym mieszkaniu. W międzyczasie Młody zapadł na zapalenie oskrzeli (chyba ten kurz się do tego przyczynił). Byłam dwa tyg. na zwolnieniu (opowiem w innym poście całą historię). Obecnie Młody w sanatorium, czytaj u babci. Odezwę się, jak będziemy po wszystkim. Lecę teraz na bloga Mleczkowej, bo Marecki ma fajne łóżko. Ciekawe, gdzie kupili??? A potem rękawice, szmata w ręce i do dzieła....
piątek, sierpnia 05, 2011
Świat gna do przodu....
Nie macie takiego wrażenia? Tak szybko wszystko zostaje w tyle - jeszcze niedawno czekałam lata, które jest już na półmetku, planowałam wakacje... Dziecię rośnie, ja także rozrastam się - niedługo będę liczyła słoje (w dowodzie). Basja napisała na swoim blogu, że tęskni za życiem na wsi. Mi też czasami tęskno za życiem w małym mieście. Zawsze myślę, tam łatwiej byłoby wychowywać Młodego. Jednak jestem, gdzie jestem. I na razie tak będzie.
Życzę miłego weekendowania i pięknej pogody, szczególnie w serduchach i głowie.
niedziela, lipca 24, 2011
Kraków
Nie będę oryginalna, jak napiszę, że zakochałam się w Krakowie. Zauroczyło mnie to miasto. Mam nadzieję, że i Młodego, który dzielnie mi w podróży i zwiedzaniu towarzyszył. A więc może od początku. Podróż rozpoczęliśmy od 10 minutowego późnienia pociągu (co tam 10 minut...) W pociągu spotkaliśmy Krakusa, który wracał ze swoim synem (6l.) z wakacji - po drodze zostając na kilka dni tam, gdzie my mieszkamy. I tu ogromne zdziwienie. Krakus powiedział: po co my jedziemy do tego Krakowa - jest nudne, nic się nie dzieje, a dla dzieci to Kraków zionie nuda. Wydawało mi się, że Krakusi są dumni ze swojego miasta... Z dworca wzięliśmy taksówkę (tzn. Krakus nam ją zamówił) i gdy, dojechaliśmy na miejsce taksówkarz nie miał nam jak wydać, więc powiedział: na koszt firmy! W naszym mieście, takie rzeczy się nie zdarzają! W Krakowie korzystaliśmy z gościnności mojej dawno niewidzianej koleżanki. Dziękujemy kochana. Plan naszego zwiedzania był taki: najpierw oczywiście Wawel i Sukiennice. Później Podgórze i Kazimierz. We wtorek mieliśmy piękną pogodę, więc na piechotę dotarliśmy na Wawel. Mieszkaliśmy w Śródmieściu, więc Młody, z oporami, ale dał radę. Dawno nie byłam na Wawelu. Mogę jedynie napisać - nie dziwi mnie ta ogromna liczba turystów. Dodam, że Młody zakochał się gołębiach - ich karmieniu i ganianiu. Do Sukiennic Młody ruszył ostatkiem sił, ale dał radę. Krótki rzut oka i wracaliśmy już tramwajem. Pochodzenie po Rynku przełożyliśmy na środę. W środę przywitał nam pochmurny dzień. Moja koleżanka dała nam namiar na Muzeum Inżynierii Miejskiej, które mieści się na Kazimierzu. Tam spędziliśmy ok. 3h. Polecam - to mini Kopernik z Warszawy no i zabytkowe auta i tramwaje. Na Kazimierzu zatrzymaliśmy się w fajnie knajpce dla dzieci i rodziców - zjedliśmy zupkę, deserek, pokawkowaliśmy, porozmawialiśmy i dalej w drogę. Oczywiście tramwajem pojechaliśmy, by schodzić Sukiennice. Tu zakupiliśmy kilka pamiątek, pokarmiliśmy gołębie (w tym celu szukaliśmy sklepu spożywczego, by zakupić bułeczki - udało się!), pospacerowaliśmy ulicą Floriańską. W czwartek oczywiście tramwajem dojechaliśmy do Łagiewnik. To nie był cel naszej podróży, a Młodego ogromna chęć do długiej podróży tramwajem. Celem naszym był Plac Bohaterów Getta i tam Apteka pod Orłami (obecnie muzeum) oraz Fabryka Emalii Schindlera. Podróż tramwajem ulicą Kalwaryjską to ogromna przyjemność. Piękne kamienice, które okres świetności mają już za sobą z uwagi na to, że duża część z nich sypie się, wąskie uliczki między nimi. W piątek rano nasz pobyt w Krakowie dobiegł końca.
Od wczoraj jesteśmy u moich rodziców. Może nie przyjechalibyśmy tak szybko, jednak u nas - brak gazu minimum do 25 lipca. Coś ciepłego Młody musi zjeść. Biorąc pod uwagę fakt, że Młody należy do niejadków - knajpiane jedzenie odpada. Uciekam. Może przestało padać. Więc założymy kalosze i ruszamy na kałużowy spacer.
Subskrybuj:
Posty (Atom)