Translate

sobota, stycznia 15, 2011

Pracowicie

Dziś ranek zaczęłam pracowicie i to bardzo. Nadzwyczajniej w świecie poszłam do pracy. Nie przypadek - taki był plan. Zrobiłam duży progres w pracy, bo nikt mnie o nic nie pytał, prosił, telefony nie dzwoniły. Mijający tydzień był zupełnie nieprzewidywalny. Tak jak każdej pracującej mamy. Jeśli masz dzieci to twoje życie jest bardzo bogate w różnej maści wydarzenia. Młody z mega glutem został w domku, a ja z nim. I tak w kratkę. Na zmianę z teściową. Praca-dom-dom-praca. No dobrze - lecę coś wciągnąć, bo mam ogromnego głoda.
Aha zapomniałam dodać. Młody doskonali swój warsztat artysty  - rysownika. Stawia sobie na ławie samochód i go rysuje! Niezły jest. Postaram się wrzucić jakiś rysunek Młodego. Oczywiście z autem - bo tylko takie mam w kolekcji.

Oto jedna z wielu. U nas wystawa w domu. Na szafie w Młodego pokoju prace są dostępne all day and all night. Zdjęcie z mojego telefonu, więc jest jakie jest.

autor: Młody lat 4

niedziela, stycznia 09, 2011

Nie do końca dorosła

W wolnej chwili, gdy nie mam nic do zrobienia, próbuję czytać. Przy Młodym trudno się czyta, gdyż sto pytań do mamy ma. A generalnie to ciąglę się bawimy. A jednak od czasu do czasu udaje mi się skupić wiecej niż 10 minut nad słowem pisanym. W tej chwili zaczytuję się w "Wyznaniach nie do końca dorosłej" Stephanie Calman. Zaśmiewam do łez.  To wyznania matki wychowującej dwójkę dzieci wspólnie z mężem, jej relacji z rodziną, otoczeniem.
A oto fragment na temat diety ostatecznego spokoju.
DZIEŃ PIERWSZY
śniadanie: wymieszać łyżeczkę płatków owsianych z odrobiną odtłuszczonej wody
LUNCH
Ugotować na parze listek strzępiela
KOLACJA
Ułożyć malinę obok kawałka melona

DZIEŃ DRUGI  podobne menu - jak w pierwszym dniu.
I czytam dalej: "Powtarzać przez dziesięć kolejnych dni, uważając, by nie pomylić lunchu z kolacją i odwrotnie. Umrzeć."
Serdecznie polecam.
A co na domowy froncie? Młody gluta ma po ponad 3 tygniowej przerwie. Piękna zieleń - w końcu wiosna idzie. Na razie wygrałam z bolącym gardłem  - zastosowałam broń ostateczną - antybiotyk miejscowy. No i śniegu u nas coraz mniej. Kupy psie górą.

środa, stycznia 05, 2011

Z nowym rokiem ...

Działo się u nas działo. Zacznijmy od Sylwestra. Z Młodym sankami wraz z pomocą publicznego środka transportu  ruszyliśmy w odwiedziny do mojej koleżanki ze studiów. Średnia naszych spotkań - raz na pół roku. Koleżanka jest szczęśliwą "posiadaczką" córeczki rok młodszej od Młodego. Wszyscy wspólnie po pogaduchach ruszyliśmy na super górkę. Warunki wspaniałe - sypał śnieg. Górka nie dość, że ośnieżona to jeszcze z lodowym zjazdem. Lodowy zjazd oblegany przez najmłodszych. Nasze dzieciaki zjeżdzały na brzuchach. Trzeba jednak było im pomóc wdrapać na górę, więc co będę biegała po górce. Kurtka na tyłek obciągnięta (dżinsy to nie kombinezon) i hej przygodo po lodzie. Jeden z rodziców - tata - zaczepił mnie, jak wturlałam się dwójką na górę - że poczułam młodość. Ja młodości nie poczułam - ja jestem młoda - pomyślałam, ale niech mu tam. No i zapoczątkowałam rodzicielskie zjazdy ze ślizgawki. Mężu też się załapał, a jakże. A Sylwester mieliśmy wyjściowy - ja pozbawiona jakichkolwiek chęci - bez wystrzałowego makijażu, fryzury, manikiuru. Wytańczyłam się - aż mnie kolana bolały. A 1. stycznia to Młodego urodziny. Młody oko otworzył i pierwsze, o co się spytał, to, czy dziś jest 1. No i był. Prezent został dany. Jednak impreza - z naturalnych przyczyn - nikt nie był w stanie dotrzeć - została przesunięta na 2. Był tort w kształcie posiadanego przez nas samochodu, świeczki i sto lat. Imprezę możemy zaliczyć do udanej.
A jakie mam przyrzeczenia noworoczne. Chyba pierwszy raz - je sobie przyrzekłam. Po pierwsze: nie zaniedbywać znajomych (dzwonić, pisać - nie być namolnym), przez 4. lata bycia mamą znajomi jakoś się rozproszyli. Po drugie: dbać o siebie - zdrowie, sport (który kocham mocno) i wypoczynek - no i o mojego Młodego. Nie ma na siłę, bo trzeba. Chałupa może być trochę nabałaganiona. Po trzecie: przygotować się do egzaminu advanced z angielskiego i do niego przystąpić na początku przyszłego roku. Skoro tu napisałam to muszę je zrealizować.
A jutro i pojutrze bąbluje z Młodym. Fajnie.

środa, grudnia 29, 2010

Poświątecznie

Święta szybciutko biegną. Wigilia u Teściowej, a u moich rodziców trochę dłużej. Co u nas? Mąż z nart wrócił tydzień przed Świętami - stwierdził, że tak kiepskiego urlopu to jeszcze nie miał. Rozżalony był, że nie chciałam z nim rozmawiać przez telefon - nie wiem, co w tym dziwnego. Spięłam się na niego równo i wydaje mi się, że teraz - jako taki konsensus osiągneliśmy. Byle tak dalej. A ja znowu na urlopie. Mam 14 dni zaległego urlopu. Właśnie wzięłam 3 dni. Szefowie średnio zadowoleni z tego powodu - jak ja jestem to się kręci, jak mnie nie ma - to atmosfera w pracy napięta. A ja im tłumaczę - ja zwykły szeregowy pracownik jestem, prawo do urlopu też mam. Także bąblujemy z Młodym w domu - jemu też zrobiłam ferie od przedszkola. No dobrze uciekam, Młody walczy o laptopa. Twierdzi, że to, co ja robię - jest nudne. Ja mam inne zdanie. Za tymi chłopami nie nadążysz.

piątek, grudnia 24, 2010

Wesołych Świąt

Kochani rodzinnych, spokojnych i radosnych dni w ten szczególny czas. Wszystkiego dobrego dla Was i najbliższych. Będę o Was ciepło myśleć przy Wigilijnym stole.


 Dziękuję za życzenia.

poniedziałek, grudnia 06, 2010

Och jak dobrze mi...

Informuję, że brak kontaktu z pracą dobrze mi robi. Naprawdę. Zaczynam żyć. Już prawie pełna zdrowotność wraca, choć trza popracować nad własną formę. Kiedyś byłam sportowa dziewczyna, teraz flak.

Tylko do Bovary muszę skrobnąć, bo coś z ogarnięciem bloga w kwestii technicznej nie mogę sobie poradzić.

ZIMOWE POZDROWIENIA.

niedziela, grudnia 05, 2010

Zimowe przemyślenia

Pięknie nas zasypało. Pięknie zza okna, gorzej jak gdzieś trzeba ruszyć w plener. Tak sobie dziś siedzę i myślę, że ten świat blogowy otworzył mi oczy na świat inny - wirtualny. Nie wiedziałam, że tutaj istnieją takie prawdziwe przyjaźnie (wielki przykład Polly Mleczkowa - chylę czoło). Gdy komuś jest źle może liczyć na dobre słowo, gdy sobie z czymś nie radzi może liczyć na pomoc drugiej osoby. A dołączyłam do do blogowego towarzystwa za sprawą Bovary, do której kiedyś przypadkowo trafiłam na bloga. Gdy w listopadzie tamtego roku wkroczyłam do świata blogowego jako obserwator, przygrzebałam się przez Wasze blogi (przepraszam, że czasami po sobie nie zostawiłam świadectwa) to mocno byłam zszokowana, jak głębokie są to przjaźnie. Długo się wahałam i zastanawiałam, czy dołączyć do grona blogowiczów. Obawiałam się, ze moja prywatność będzie naruszona, że ktoś znajomy tu dotrze i odkryje moje sekreciki. Wstępnie planowałam, by blog był dostępny tylko dla wybranych, jednak zrezygnowałam. I jestem tu od dobrych kilku miesięcy i dobrze mi z tym. Fajnie, że jesteście tutaj i ja jestem z Wami.
A co u mnie? Nie pisałam z tego powodu, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Młyn u mnie maksymalny. Zawodowo - jazdy w pracy na linii Szefostwo, które wkręca mnie we wszystko co można (i tu po ostrym sprzeciwie mojej osoby kierownictwo zrozumiało, że ja nie dam rady wszystkiego zrobić - oj długa i barwna historia na ten temat). Prywatnie - w chorobie od czwartku w pracy, w piątek zamknęłam drzwi ostatnia o 19.40. Od jutra na zwolnieniu do środy najbliższej włącznie. Grypicho ścięło moje gardło, moje kosteczki, moją głowę i to, co kobietom tylko przynależy. Teraz o niebo lepiej, choć słabizna ze mnie (tu zmęczenie i moja porażająca waga mają znaczenie). Ale do środy włącznie wygrzewam się. Młody dzielnie śmigał do przedszkola do środy - glut mega i złe samopoczucie zatrzymały go w domu na resztę tygodnia. Dzięki Bogu, że moja mama na kilka dni nas odwiedziała. Teraz Młody ma mega zielonego gluta (ach te barwy tęczy). W przedszkolu mieliśmy wspólne malowanie pierników i była okazja do porozmawiania z rodzicami. Okazało się, że wszystkie pierwszoroczniaki mega kaszlą, gluty do pasa itd. Nie tylko ja zmierzam się z tym tematem i to jest norma. Z mężem średnio (bawiąc się w zimno-gorąco), to zimno-ciepło. Jakoś wkruw mnie łapie. Na dodatek w piątek (o czym jeszcze mnie nie poinformował osobiście, dowiedziałam się od mojej mamy), jedzie na narty do Włoch na tydzień. Chciałabym w tym momencie zakląć i dokonać ustaleń z prawnikiem. Wolny weekend listopadowy z nami nie spędził - my u moich rodziców, a on tu i doprosił sobie na jeden wieczór kolegów - bo do nas mu nie chciało się jechać, bo był zmęczony. Stosunki mąż-żona wypaliły się doszczętnie. Nie chce mi się z nim rozmawiać, chce być miły na siłę. Mam dość. Jest Młody - to wiem bezprzecznie. I dzięki niemu to się jeszcze tli.